Na oceanie, dokładnie pośrodku głębokich i ciemnoniebieskich wód, znajdowała się niewielka wysepka. Flora i fauna były tu bardzo zróżnicowane. Wiele różnych ptaszków, egzotycznych zwierząt i innych stworzeń żyło tu już od wielu lat. Na wyspie rosło również wiele pięknych i unikalnych roślin, które miały wszystkie kolory tęczy. Rosły tu palmy, ogromne kaktusy, a nawet baobaby.
Na tej wyspie mieszkali też ludzie, a wśród nich żył bardzo leniwy chłopiec o imieniu Henryk. Zupełnie nie lubił pracować i cały dzień leżał, przewracając się z boku na bok.
Kiedy wszyscy mieszkańcy wybierali się na ryby, żeby złowić coś na obiad, Henryk leżał pod bujną, wysoką palmą i mówił:
Idźcie, idźcie, pracujcie. A kiedy złowicie mnóstwo ryb, wtedy mnie zawołajcie, bo bardzo mi się jeść chce.
Jak można tak postępować? Całymi dniami nic nie robisz, a do jedzenia przybiegasz pierwszy. To nieładnie, przecież na wyspie jest wielu starszych ludzi, którym ciężko jest łowić ryby i polować.
Oburzali się mieszkańcy.
A ja nie chcę pracować. Mnie i tak jest dobrze!
Odpowiadał chłopak z bezczelnym wyrazem twarzy.
Tak mijały miesiące, lata. Henryk nie tylko nie pomagał starszym, ale kategorycznie odmawiał nauki. Na wyspie była niewielka szkoła, do której chodziło zaledwie siedmioro dzieci. Uczono ich czytania, pisania, matematyki i przyrody. Henryk jednak nigdy nie uczęszczał na zajęcia. Miał zupełnie inne plany. Chłopiec bardzo chciał znaleźć takie zajęcie, żeby prawie nie pracować, ale zarabiać dużo pieniędzy.
Nie ma takiej pracy, Henryku, przy której nie trzeba nic robić.
Mówili wszyscy dookoła.
A ja na pewno wszystkich oszukam i znajdę właśnie takie zajęcie — "nicnierobienie".
Pewnego pięknego dnia wokół wyspy pojawiła się gęsta mgła. Ocean zupełnie zniknął z pola widzenia, tylko gęsta zasłona unosiła się nad brzegiem, i nawet na odległość wyciągniętej ręki nic nie było widać.
Ludziom nie pozostało nic innego, jak położyć się spać. W taką pogodę nie mogli łowić ryb, a na polowanie też nie można było pójść — dookoła tylko mgła.
Minęła noc. Wczesnym rankiem wszyscy powoli zaczęli się budzić i zobaczyli, że niedaleko wyspy wznoszą się dziwne, nikomu dotąd nieznane, wysokie skaliste góry.
Ludzie, patrzcie, co to jest?
Wykrzyknął jeden z mieszkańców wyspy.
Leniwie przeciągając się, ze swojej chaty wyczołgał się Henryk. Przeciągnął się, podrapał po głowie i powiedział:
A, pewnie to sen! Oj, jak mocno zasnąłem, że mi się to wszystko śni!
Nie, to nie sen, to prawdziwa wyspa. Tylko skąd się wzięła, przecież wcześniej jej tu nie było?
Dziwili się ludzie.
Wtedy Henryk, porządnie przetarłszy oczy, spojrzał w dal już uważniej. I rzeczywiście, na horyzoncie zobaczył nową wyspę, na której wznosiły się wielkie skaliste góry.
To dopiero cuda! A może tam jeszcze ktoś mieszka?
Krzyknął.
Trzeba koniecznie podpłynąć bliżej i sprawdzić, czy jest tam ktoś, czy ta wyspa jest bezludna.
O, tylko beze mnie. Przecież trzeba będzie wiosłować w łodzi, a ja nie po to się urodziłem. Ja chcę zajmować się "nicnierobieniem", a te wasze ćwiczenia fizyczne z wiosłami zupełnie nie dla mnie.
Ponuro oświadczył Henryk.
Kilku towarzyszy zebrało się razem, znieśli łódź na wodę, wzięli się za wiosła i popłynęli w stronę nowej wyspy. Minął dzień i w końcu ludzie wrócili.
Nie uwierzycie własnym uszom! Na tej wyspie mieszkają ludzie, tylko są zupełnie inni niż my!
Krzyknął jeden z nich.
Co znaczy zupełnie inni? Mają co, po cztery ręce albo po dwie głowy?
Roześmiał się Henryk.
Nie, ręce i głowy mają takie same jak my. Tylko włosy, brwi, rzęsy — wszystko to mają białego koloru. Tak ciekawie, jeszcze takich ludzi nie widziałem!
Opowiedział jeden z chłopaków.
Przypomnę sobie! Kiedyś dawno temu opowiadano mi, że ludzie o takim kolorze włosów, brwi i rzęs nazywają się albinsami. Trochę różnią się od nas wyglądem, ale ogólnie są tacy sami jak my. Potrafią rozmawiać, mogą tak jak my pracować, uczyć się, rozmawiać, jeść, spać. Ale dzisiaj na świecie takich ludzi nie ma tak wielu jak nas.
Nagle dobiegło spod jednej niewielkiej palmy.
O, to moja szansa! Wymyśliłem sobie zajęcie. Popłynę na tę wyspę, zwabię jednego z takich albinsów do nas, posadzę w ogrodzeniu i będę pokazywał wszystkim za pieniądze.
Nagle krzyknął Henryk.
Co ty wymyśliłeś? Czy tak można traktować ludzi? Czyż nikogo ci nie żal oprócz siebie? Przecież żeby dobrze żyć, nie trzeba leniuchować i źle traktować innych, wystarczy po prostu pracować i być szczęśliwym.
Oburzyła się jedna kobieta.
Nie ma mowy! Jak go posadzę w ogrodzeniu, nie będę musiał już nic robić. Pieniążki będą same kapać do mojej kieszeni, a ja będę tylko leżał i rozkazywał.
Obstawał przy swoim Henryk.
Wszyscy ludzie na wyspie tylko machali ręką na chłopca. Nikt nie mógł pomyśleć, że pewnej ciemnej nocy Henryk jednak się zdecyduje i popłynie po unikalnego albinosa na nową ziemię.
Chłopiec przycumował łódź, wyszedł na brzeg i wyruszył na poszukiwanie nieznanych mu ludzi.
Kim jesteś?
Nagle rozległ się przestraszony głos.
Jestem waszym przyjacielem! Przyjechałem zaprosić was do mnie w odwiedziny. Na naszej wyspie jest wielu ludzi i możemy się zaprzyjaźnić.
Szybko odpowiedział Henryk.
Głos chłopca był tak podstępny, że albinos coś podejrzewał. Wtedy biały człowiek postanowił też podstępnie postąpić. Zaprosił Henryka, żeby skosztował pysznych owoców i dopiero potem wyruszył w odwiedziny do nowego przyjaciela.
Przeszli do niewielkiej szałasu, gdzie albinos zaproponował Henrykowi trochę odpoczynku. Leniwy chłopiec zgodził się, przecież to było jego ulubione zajęcie. Zamknąwszy oczy, natychmiast zasnął. A kiedy się obudził, odkrył, że jego nogi są przykute łańcuchami do wielkiej palmy.
Teraz to ja będę cię wszystkim pokazywał!
Zaśmiał się albinos.
I tak leniwy Henryk przeżył całe życie na wyspie albinsów pod wielką zieloną palmą.