Żył sobie chłopiec Iluś. Był już całkiem duży, miał aż pięć lat! Był mądry i posłuszny chłopiec, bardzo ciekawski i prawie niczego się nie bał. No, może trochę bał się psa sąsiadów, doermana Grafa. Kiedy Graf ważnie spacerował obok swojej pani, był prawie tego samego wzrostu co Iluś.
Nie jak mały, śmieszny kłębuszek – terierek Nordyk, który wesoło skakał przed babcią Lizą z trzeciej klatki, kiedy szła z nim na spacer. Z nim Iluś lubił się bawić. W berka. Wesoło biegali na wyścigi po jesiennym parku, razem przewracali się w jesiennych liściach i grali piłką.
Iluś rzucał, a Nordyk szukał i przynosił mu ją z powrotem. A mama z babcią Lizą siedziały na ławce i podziwiały ich przyjazną zabawę.
Ale oto Iluś przeziębił się i zachorował. Leżał w domu, cały gorący i nieszczęśliwy. Ze smutkiem patrzył przez okno i tęsknił za swoim przyjacielem Nordykiem. Mama prawie nie odchodziła od łóżeczka, poiła Iluśia herbatą z miodem i dżemem malinowym, ale lekarka powiedziała, że trzeba robić zastrzyku, inaczej się nie wyzdrowieje.
Ale Iluś właśnie zastrzyków się bał. Jak tylko zobaczył igłę, to go nie poznać. Zwykle posłuszny i chętny, zaczynał krzyczeć i wyrywać się, nie było możliwości go zatrzymać. Nikt nie mógł sobie z nim poradzić, nie zgadzał się na żadne prezenty i kategorycznie nie chciał robić zastrzyków.
I tym razem było tak samo. Po nieudanej próbie zrobienia zastrzyku mama wyszła z pokoju, a Iluś zasnął cały w łzach. Całą tę scenę obserwowały igły w mamusi igielnika, leżącym w pudełku do szycia na fotelu, gdzie siedziała mama, czuwając przy chorym synu. Coś sobie szeptały i, widać doszły do porozumienia, wygramolily się z pudełka, stanęły w szeregu wokół głowy chłopca.
Największa Igła klasnęła w dłonie i zaśpiewała piosenkę:
Igielna wróżko,
Pospiesz się tu,
I naszego Iluśka
Zmniejsz szybko tu!
Weźmiemy go na bal.
Będziemy wesoło wirować,
Będziemy śpiewać i się bawić,
Będziemy świętować razem,
Bo bać się nas nie trzeba!
Tu w powietrzu coś zaiskrzyło, pojawiła się lekka przezroczysta chmurka i opadła na śpiącego chłopca. Zaczął szybko się zmniejszać i wkrótce był wzrostu ledwie większego niż największa Igła z mamusi szkatułki.
Otworzywszy oczy, Iluś najpierw nie zrozumiał, gdzie się znajduje. Była duża, świątecznie udekorowana sala, grała cicha muzyka, a wokół spacerował Igły, grzecznie się sobie kłaniając. Był zdezorientowany i właśnie chciał się przestraszyć i rozpłakać, kiedy z tyłu rozległ się głosik, który wezwał go po imieniu. Iluś się odwrócił i zobaczył obok siebie piękną gałązkę jodły. Wyciągała mu swoje igły i się uśmiechała.
Cześć, Iluś! Ciebie też zaproszono na bal?
Zapytała.
Cześć, Gałązko! Nie wiem, spałem i znalazłem się tutaj. A jaki to tu jest festyn? I dlaczego tutaj jest tyle igieł?
Jak, ty nie wiesz?! Dzisiaj obchodzą Urodziny Pierwszej Igły, Pramatki wszystkich igieł na świecie! Dlatego tutaj jest tyle gości, popatrz sam, kogo tu tylko nie ma!
Tu muzyka zagrała głośniej i uroczystej, i otworzyły się drzwi sali. Do sali weszła Pierwsza Igła. Była to Igła kostna, nie była tak piękna i błyszcząca jak nowoczesne stalowe Igły, ale była Pierwsza, a to coś znaczy!
Wymyślono ją w bardzo odległych czasach, kiedy ludzie żyli w jaskiniach i nosili ubrania ze skór zwierzęcych. I żeby wygodniej było nosić takie ubrania, ludzie wymyślili spinać skóry między sobą cienkim paskami i ścięgnami. A do tego trzeba było zrobić dziurkę, do czego przystosowali ostre kości.
Stało się to 35 tysięcy lat temu. A teraz żyje w muzeum miasta Celje, które jest w Słowenii. Wszystko to gałąź jodły opowiedziała Iluśiowi, podczas gdy Pierwsza Igła pod oklaski maszerowała do swojego fotela, stojącego na podwyższeniu w centrum sali. Jak tylko usiadła, ceremonimistrz ogłosił początek festynu.
Do sali zaczęli wchodzić zaproszeni goście. Jakie igły tutaj były! Przyjechały wszystkie igły roślinne – jodłowe, sosnowe, jodłowce, igły tuji i saxaulu, akacji i kaktusu, nawet Róże wysłały swoje kolce, żeby pogratulować Igłie Kostnej. Następnie weszły Igły jeżozwierza, jeża i kolczatki.
Za nimi maszerowały Igły morskich przedstawicieli. Ryba-igła przyjechała w luksusowym akwarium, towarzyszyły jej rozgwiazdy, lilie morskie i holoterie. A oto jeżowce morskie wolały iść osobno, z szacunkiem niosąc swoje prezenty dla jubilatki.
Kiedy przeszli wszyscy przedstawiciele świata zwierzęcego i roślinnego, do sali weszły igły krawieckie. Procesję prowadziła Duża Igła cygańska. Tak ją nazwano, bo właśnie taką igłą kiedyś dawno temu cyganie szyły uprząż dla swoich koni. Za nią szły inne igły krawieckie, ustawione po numerach.
Każda igła krawiecka miała bowiem swój numer, żeby hafciarki wiedziały, jaką igłą szyć tę czy inną tkaninę. Procesję kończyły złociste cienkie Igły do haftu. Były śmieszne i wesoły, miały najradośniejszą pracę, bo nimi tworzyły Piękno!
Iluś patrzył szeroko otwartymi oczami na tę paradę Igieł. Przecież nawet nie podejrzewał, ile igieł istnieje na świecie. Drzwi sali zaczęły się zamykać, a muzyka zagrała głośniej, zapraszając do tańca i zabawy. Ale tu rozległ się głos Pierwszej Igły. „Czekajcie, nie zaczynajcie zabawy!