W wiosenną noc małemu smokowi Filipkowi nie chciało się spać. Ogon ciągle przeszkadzał mu wygodnie się ułożyć, skrzydła kłuły go w nos, a kolce na grzbiecie nieprzyjemnie zaczepiały się o kołdrę.
A potem w ogóle zaczęło mu burczeć w brzuchu. To już zupełnie nie w porządku — spać na pusty żołądek. Musiał po cichu wstać i przekraść się obok starej niani Agrafeny do wyjścia. Dobrze, że chrapała bardzo głośno, więc nie usłyszała, jak zaskrzypiały drewniane drzwi z literą F.
Filipek wyszedł i zamyślił się. Co by tu zjeść? Nie lecieć przecież w nocy do kuchni? Zamiast tego po prostu powędrował po swojej gałęzi, dokąd oczy poniosą. A jego smocze oczy patrzyły śmiało przed siebie. I trochę w górę. Kiedy dotarł na sam koniec gałęzi, nie powstrzymał zachwyconego „łał!