W pewnym królestwie, w pewnym państwie, w ciemnym lesie, w gęstym borze żyła stara lisica. Przez całe życie łowiła kaczki i gęsi, które w wielkim liczbie żyły na leśnym jeziorze, ale na starość jej nogi osłabły i lisica nie mogła już zdobywać sobie pożywienia. I oto pewnego dnia napadła na zająca ze złamaną łapą. Ucieszyła się Patrycja, chwyciła szarego i już chciała go rozgryźć, gdy zając powiedział do niej:
Nie jedz mnie, kumo, przydę ci się. Jeśli mnie zjesz — raz będziesz syta, a jeśli mi zostawisz życie — na zawsze zapomnisz o głodzie.
Zdziwiła się lisica:
Cóż ty, szary, zrobisz? Czy masz może magiczny obrus?
Magicznego obrusu nie mam, ale sprawię, że gęsi żyjące na jeziorze same będą ci wpadać do pyska.
Odpowiedział zając.
Jak to zrobisz? Może je zatruesz?
Trucizny mi nie trzeba. Sprawię, że będą tańczyć pod moją fajkę bardziej nowoczesnymi środkami.
Jak to?
A tak. Podarujemy im telewizor i będziemy nadawać — co chcemy.
Co, żeby do nas do pyska szły?
Nie tak otwarcie. Postawimy cel. Co ci przeszkadza w łowieniu gęsi? To, że latają, ich silne skrzydła. Pozbędziemy ich skrzydeł.
Ale jak?!
Sprawdzimy, że gęsi same zrezygnują z możliwości latania. W tym celu stworzymy wizerunek nowego gęsia — nowoczesnego i wolnego — w rzeczywistości zaś — takiego, jakiego nam trzeba.
I otwarł się przed nimi nowy, ogromny świat. Zrozumiały gęsi, że zaległy w życiu, nic nie wiedziały, a teraz pora zacząć żyć na nowo.
Patrzą gęsi na ekran, a tam show: ładna gęś śpiewa, skacze — całkowicie naga — oskubana! Tylko tu i ówdzie widać krótkie, artystycznie przystrzyżone piórka. A zając-komentator radośnie krzyczy: "Ostatni krzyk mody! Tak się ubierają ptaki na całym świecie!".
A potem pokazują talk-show, gdzie dwie tuziny oskubanych ptaszków wesoło dyskutują, jak o już dokonanym fakcie, że teraz, w epoce wolności i rewolucji seksualnej, chodzić w długich piórach — to śmieszne i nudne.
Kilka dni później prawie wszystkie gęsi skakały po brzegu jeziora bez piór, a skrzydła gęsi były starannie przystrzyżone w zawiłą formę.
I wtedy przyszła dla lisicy słodka życie! Naskocz na gęś — a ta nie może ulecieć. Chwyta ją i zjada. A gęsi nawet nie myślą, że z powodu nowej mody stały się łatwą zdobyczą lisa — nie mają czasu na rozmyślania, słuchają, co Zając-Gawędziarz powie z ekranu.
A ten chętnie się stara, opowiada o położeniu gwiazd i planet: że, powiada, jeśli gęś została zjedzona — znaczy to, że zdecydowała o tym kombinacja Wagi i Koziorożca, a jeszcze wspomni mimochodem, że u oskubanej gęsi karma jest lepsza, znaczy mniej szans, że będzie zjedzona.
Idzie lisica po lesie zadowolona, roztuczna. A naprzeciw niej zając, leśna sławetność. Podbiegł do Patrycji i mówi:
Dobrze ci urządziłem życie, kumo?
Tak, dziękuję, szaruszku.
Odpowiada.
Samymi podziękowaniami się nie najesz.
Cóż ci trzeba?! Jedzenia? Bierz gęsi, jedz. Same do ciebie przybiegną!
Zdziwiła się lisica.
Nie mogę. Po pierwsze, to mi zepsuje wizerunek, a po drugie — nie jem gęsiny. Nie jestem do tego przyzwyczajony. Mnie trzeba kapusty!
Odpowiedział zając.
Życie gęsi przybrało szalony tempo. Raz oglądały telewizor, raz wyskubywały sobie pióra, raz malowały odsłoniętą skórę kosmetykami, które reklamował zając. Nawet nie reklamował, a tworzy wrażenie, że te farby — nieodłączna część stylu życia nowoczesnego gęsia, bez której się nie obejdzie.
Kosmetyki kosztowały drogo, a robił je zając (a właściwie pracujące dla niego gęsi) z trawy, gliny i innych materiałów pod ręką.
Za to jak "promował" swoje nowatorstwo! "Super-farba! Z nią będziesz nieodparta!", "Zając-Gęś kosmetyka! Zasługujesz na to!", "Nie zalegaj za modą! Bądź lepsza od wszystkich!".
U gęsi już prawie nie zostało czasu, żeby wychowywać gęsiątka, a u gęsiów — żeby zdobywać nie tylko jedzenie, ale i stale zmieniające się nowości modne. I wtedy zając rozpoczął nową kampanię, która miała przynieść mu bezprecedensowy zysk.
W telewizji zaczęto coraz częściej mówić o tym, jak biedne gęsi są zmęczone opieką nad gęsiątkami, jak trudno w dzisiejszych czasach wyżywić i wychować młode pokolenie. Coraz częściej pojawiał się wizerunek wolnej, energicznej, oskubanej i pomalowanej według ostatniej mody gęsi, nie obciążonej potomstwem.
Za nią tłumami chodzili gęsiory, sukces towarzyszył jej na każdym kroku. Mówiła: "Po co tyle gęsiątek? Trzeba się pozbyć jaj, zanim z nich ktoś się wykluje". Mniej więcej w tym samym czasie na brzegu jeziora otworzyła się nowa firma, którą kierowała nikt inny jak lisica.
Nazywała się "Stowarzyszenie Zdrowia Rodziny Gęsi", a w rzeczywistości był to po prostu punkt przyjęcia, gdzie gęsi oddawały świeżo zniesione jaja, które lisica szczęśliwie zanosiła do pobliskiej wioski ludzkiej i sprzedawała w sklepie spożywczym.
Na początku gęsi podejrzliwie odnosiły się do nowego przedsiębiorstwa, bo proponowano im oddawać na pożarcie własne dzieci. Ale im znowu i znowu powoli wbijano do głowy, że "Szczęśliwe i pełne może być tylko zaplanowane gęsiątko!", "Pozbawiając się zbędnych jaj, gęś dba o swoje przyszłe gęsiątka!" i że w końcu trzeba szanować prawa gęsi, a nie zamieniać jej w maszynę do hodowania gęsiątek.
Teraz u lisa i zająca zawsze była nie tylko świeża gęsina, ale i jaja, i wszelkiego rodzaju kapusta w dużych ilościach.
Tak mijały dni za dniami, tygodnie za tygodniami… Gęsi oglądały telewizor, oskubywały się — żyły sobie w przyjemności. I nie zauważały, biedne, że robi się ich coraz mniej i mniej, że rzadko już słychać na jeziorze wesoły gęgot gęsiątek — mało ich teraz, a te, które się wykluwają — smucą się i tęsknią, bo nie mają ani siostrzyczek, ani braciszków, a dorośli są zajęci swoimi sprawami.
Zresztą i oni wkrótce przestają się smucić — siadają razem z dorosłymi przed błękitnym ekranem i zapominają o swojej samotności.
Była wśród tych gęsiątek mała gęś o imieniu Gula. Taka sama jak wszystkie: oskubana według dziecięcej mody (i taką Zając-Gawędziarz wymyślił), jaskrawo pomalowana. Tylko, może, smutniła się bardziej niż inne — bo nie mogła długo patrzeć na telewizor. Od niego bolała ją głowa.
Jak się masz, gęsiątko?
Zapytał zstępujący z nieba nieznajomy ptaka.
G-gula. A ty kim jesteś?
Nieśmiało odpowiedziała.
Jestem gęś. Mam na imię Przelot.
Dziwne imię… Ale ty nie wyglądasz jak gęś. Jesteś taki duży i włochaty… I co ty robiłeś tam… wysoko?!
Latałem.
Jak to? Czy gęsi mogą latać?!
Mogą. Są do tego stworzone.
A ja nie mogę. I nikt z moich bliskich nie może. Nigdy nie widziałam, żeby gęsi latały!
To nie jest takie trudne. Ale do tego gęś musi mieć pióra.
Pióra… Ale to takie niemodne, nienowoczesne! Jeśli będę odrastać pióra, będę wyglądać jak stara, zaległa w modzie gęś, która zupełnie przestała się sobą zajmować. Będą się ze mnie śmiać!
No i co… Głupie, gdyby choć raz wzniosły się w niebo, już by się nie oskubywały, nie rezygnowały by ze szczęścia lotu.
Ja też chcę nauczyć się latać!
Powiedziała Gula i zdziwiła się własną śmiałością. Ale Przelot łagodnie się uśmiechnął i odpowiedział:
To wspaniałe. Postaraj się i nauczysz się. Na początek musisz przestać wyskubywać sobie pióra.
Ale wtedy nie będę mogła malować skóry!
Nie będziesz. Ale bez piór nie będziesz mogła latać.
Wtedy będę zupełnie inna niż wszystkie! Obca wszystkim…
Nie będziesz. Tego nie zauważasz, ale niektóre z gęsi wokół ciebie już przestały wyskubywać pióra i chcą nauczyć się latać.
Ale ty latasz sam!
Nie sam…
Tak, widziałam w niebie jeszcze dwoje! Kim są?
Mój ojciec i moja żona.
Wy nigdy się nie oskubywaliście?
Nigdy.
Sami?!
Chyba tak.
Ale mimo to, to jeden, to drugi gęś nagle przestawał się oskubywać — a zarazem i patrzeć na słynny telewizor, w którym wszystko stawało się dla niego obce i wrogiem. I chociaż tych dziwaków było jeszcze niezwykle mało w porównaniu z ogromnym kolorowym stadem oskubanych ptaków, tutaj Zając zaczął się naprawdę martwić.
I wymyślił on bezprecedensowy w swojej przebiegłości plan. Naradziwszy się z lisicą, zając na długo zniknął z lasu, a gdy wrócił, przyniósł ze sobą ogromny stos puszystych, pomalowanych na wszystkie kolory tęczy piór: gęsich, łabędzich, a nawet kogucich. Wkrótce na ekranie zaczęły się pojawiać niespotykan wcześniej reklamy.
"Pióra? A dlaczego nie!" — śmiało mówiła gęś przystrojona jak paw, dumnie machając kolorowym ogonem — "ale i z nimi będę taka, jaka chcę!" — i piórkowe płaszcze spadały do nóg modniczki, odsłaniając nagą, jak przedtem, gęsią skórę.
"I rzeczywiście, dlaczego by się nie przybrać po staremu" — gadały gęsi — "trzeba pamiętać swoje tradycje. Głównie tylko nie oszaleć na tym punkcie, nie próbować cofnąć czas, mучąc się, odrastając pióra na własnym ciele!".
Ulżyło niedoświadczonym zwolennikom Przelotu, zaczęli przysłaniać młody puch, który ich oddzielał od stada. A Zając podarował im jeszcze jeden, całkowicie nieoczekiwany w swojej wielkości "prezent". Pewnego dnia zaproponował wszystkim chętnym… latać!
Nowa atrakcja była prosta i nie wymagała żadnych poświęceń (oczywiście, jeśli nie liczyć wydatków na zakup piór). Gęsi nakładały piórkowe ubrania, wspinały się na krzak lub niskie drzewo — i skakały z niego, przez pewien czas szybując na sztucznych skrzydłach. Ta możliwość wstrząsnęła gęsiami, wśród których żadna jeszcze nie zdążyła nabyć upierzenia wystarczającego do pierwszego lotu.
"Rzeczywiście, rozmyślały, po co się męczyć, coś hodować, rezygnować z normalnego życia, a potem jeszcze uczyć się latać, na całe życie wiązać się nieskończonymi lotami, żeby znowu się nie rozuczyć…Można zrobić wszystko dużo prościej!".
I radośnie biegły się oskubywać, malować i kupować sobie fałszywe skrzydła. Gorzko upominał ich Przelot. Ale gęsi nie chciały słuchać, a jeszcze oskarżały swojego nauczyciela, mówiąc, że jest zbyt surowy, wymaga czegoś niemożliwego i niepotrzebnego, chce bezsensownego posłuszeństwa.
Zresztą nie wszyscy byli tacy, wielu pozostało wierne swojemu marzeniu, uparcie odrastając pióra; każdego dnia robili ćwiczenia dla skrzydeł, rozciągając i wzmacniając je… Cierpliwie czekali, aż przyjdzie czas ich pierwszego lotu.
Gula stała na brzegu i patrzyła na swoje odbicie w wodzie. Kiedy jej pióra odrosną?! I czy w ogóle odrosną? A może to wszystko kłamstwo, czy naprawdę wszyscy się mylą, a oni — Przelot i kilka innych gęsi, są mądrzejsi od wszystkich… Nie, Przelot oczywiście ma rację — on przecież lata. Ale ona… Ona nie jest taka… I jak bardzo chce latać zaraz teraz! Choć z krzaka! …A na atrakcję jej się nie dostanie – fałszywe pióra na prawdziwe się nie włożą. A Przelot nie pozwala na Zajęce zabawy…
Gula wlazła na leżący przy wodzie ogromny głaz, zeskoczyła z niego, rozpaczliwie machając malutkim skrzydłami. Na ułamek sekundy wydało jej się, że powietrze ją trzyma, że lata… Ale w tej samej chwili siedziała bezradnie na ziemi. "Ale co to ma być! — oburzona krzyknęła Gula — na atrakcji i to gęsi latają dużo wyżej i dłużej! I tam słomka jest rozłożona — lądowanie nie boli! Może oni latają lepiej?..".
Zrozumiesz to w dzień ognia, gdy leśnie przyjdzie koniec.
Nagle usłyszała głos za plecami.
Przelot! Ty! Ale co ty mówisz?!
Ucieszyła się Gula.
A czas płynął. Nadeszła wielka susza i upał. Nad lasem wisiła groza, ale większości gęsi to było na razie nieznane. Oglądały telewizor jak zawsze, bawiły się fałszywymi piórami, śmiały się z garstki dziwaków, którzy uparcie żyli inaczej niż wszyscy. A ci z ostatnich sił pozostawali wierni swojemu marzeniu.
Niektórzy czuli, że wkrótce, wkrótce się spełni, jeśli w ogóle się spełni, spełni się dla nich. …Jeśli będą gotowi do swojego lotu.
W powietrzu wisiało coś groźnego, wszyscy już czuli, że straszna groza idzie na las. Drzewa żałośnie szumiały, jezioro stawało się coraz płytsze…
Zbliża się dzień, gdy wszyscy zobaczą, na ile kto się zda, ale będzie już za późno. Wtedy wszyscy będą płakać, będzie groza — ale zarazem wtedy się wyprostujemy, bo przyjdzie czas naszego lotu, lotu ku niebu.
Mówił Przelot swoim zwolennikom.
Gęsi słuchały swojego nauczyciela i płakały, potem szły do oskubanych krewnych i znajomych, próbowały ich ostrzec przed grożącą biedą, przekonywać, zanim będzie za późno, żeby się rozsądnie zachowały i zaczęły odrastać pióra… Niektórzy ich słuchali, inni, jak przedtem, śmiali się, nazywali ich szalonymi.
I oto dzień nadszedł. Od rana niebo zaciągnęło się jakimiś dziwnym szarymi chmurami, po raz pierwszy od dłuższego czasu zasłaniając palące słońce, ale upał się nie zmniejszył. Gorąco i duszność stawały się coraz nie do zniesienia. Potem poczuć było zapach spalenizny i wreszcie zagudział ogień, jaskrawe błyski błysnęły wśród drzew. Zamieszały się gęsi, wybiegły na brzeg jeziora — a z nimi lisica i zając.
Rzuciły się gęsi do Zająca, zaczęły go błagać, żeby je uratował — "przecież ty wszystko wiesz!", ale zając tylko złośliwie warknął: "Nic ja nie wiem! A i wiedziałbym — wam bym nie powiedział! Odczepcie się!" — i wlazł do jeziora. Ale i to go nie uratowało.
Płonęły ogromnym płomieniami stare świerki, trzaskały i łamały się jak cienkie zapałki wysokie sosny; wydawało się, że samo jezioro kipi i staje się ogniste od odbijającego się w nim płomienia… Daremnie próbowali się w nim ukryć zając i jego gęsi. Ogień ich doganiał, dym ich dusił…
Gdy ogień dopiero zaczął błyskać wśród drzew, Gula i jej przyjaciele pospieszyły do miejsca, gdzie zwykle rozmawiał z nimi Przelot. I dzisiaj był tam, razem ze swoim ojcem — ogromnym siwym gęsiem i żoną — piórkową gęsią Latanką.
Będziesz latać. Gęś jest stworzona do lotu. Masz skrzydła. Nie bój się. Leć!
Cicho powiedział.
I Gula machała skrzydłami. Raz, drugi… Oto oderwała się od ziemi, strumień powietrza ją podchwycił i niósł wyżej, wyżej… Daleko poniżej pozostał horror płonącego lasu i z nim — dawne strachy i urazy.
Było jej bardzo żal tych, którzy zostali na dole, nie mając piór, ale nie mogła im pomóc, a i oni sami zrezygnowali z możliwości latania… I zapominała o nich, zapominała o sobie, zapominała o wszystkim — i pędziła naprzeciw świeżemu powietrzu, naprzeciw spełnionemu wielkiemu marzeniu, naprzeciw życiu, które jest całym lotem.